Jak nie pisać maili marketingowych
wrzesień 2nd, 2008Bardzo lubię otrzymywać informacje od różnych podmiotów wydających gry. Serio-serio. Pomaga to w prowadzeniu serwisu którym się zajmuję. Niestety - nie wszyscy, którzy odpowiedzialni są za kontakty z prasą (a za przedstawiciela takowej się uważam) są odpowiedni rozgarnięci. Za przykład posłuży nam przesyłka, którą dostałem dzisiaj od pewnej Pani pracującej dla pewnego dużego wydawcy prasy kolorowej z załącznikami wszelkiej maści (od brukowej, po bardziej brukową)…
Zacznijmy od faktu, że pani ***** z firmy ***** zupełnie nie trafiła z tematem: grę na PC (dołączoną do gazetki), próbuje sprzedać jako informację prasową stronie traktującej tylko o PLAYSTATION 3. No cóż, pomyłki zdarzają się każdemu, i przeszedłbym z tym do porządku dziennego, gdyby nie sposób wysyłki mailingu.
Metoda zastosowana przez Sz. P. Brand Manager Assistant (prawda, że fantazyjna nazwa pomocnika do spraw promocji marki?) woła o pomstę do nieba.
W środku, załącznik w postaci DOC. Co by było, gdybym nie posiadał czytnika pozwalającego poprawnie czytać wspomniany format? Na szczęście mam OpenOffice, ale na przykładzie EA, które swoje załączniki wysyła w postaci popularniejszego (i lepiej udokumentowanego) RTF i dodatkowo w DOC, metoda działania godna pożałowania.
Nie to jednak było najgorsze. Przeglądają załączniki znalazłem 3 screenshoty w BMP, każdy po 4MB, okładka w zbyt dużej rozdzielczości 3MB (JPEG)… Ech, marketingowcy od siedmiu boleści. A co, jeżeli czytam pocztę przez GPRS? Przepychanie 18.8MB danych, przez czyjeś widzimisię spowodowałoby u mnie natychmiastowy atak szału i wyciek piany z pyska. Niestety (a może na szczęście) pocztę odbierałem tym razem przy użyciu zwykłej radiolinii, wygodnie leżąc na kanapie.
Jak kończy się ta opowieść? Otóż pozwoliłem sobie napisać maila w odpowiedzi. Treść listu i moja odpowiedź poniżej - ku przestrodze innym “materkindodowcom”. Kto wie? Może będzie to prezentowane, jako przestroga dla ludzi dopiero stawiających pierwsze kroki w dziale marketingu, jako przykład, jak nie należy pisać do popularnych blogów internetowych, bo można się przejechać. Jakkolwiek czytając o podobnych przypadkach na innych blogach… śmiem wątpić…